Wyjątkowy wywiad – Zenon Martyniuk: Biały Cygan i Król Disco Polo

0
295
Wyjątkowy wywiad - Zenon Martyniuk Biały Cygan i Król Disco Polo
Foto: Piotr Grzybowski

W środowisku disco polowym mówi się, że jego udział w festiwalu jest jak rytuał. Kiedy na scenie gra ktoś inny, tłum skanduje „Zenek, Zenek”. Fani nazywają go królem, sympatii nie szczędzą mu Romowie, a propozycji koncertowych wciaż przybywa: „Jak się było młodszym, to nawet sześć koncertów dziennie się grało. Teraz najfajniej jak są dwa, przez weekend”. Na scenie debiutował 32 lata temu: „Graliśmy w remizie, w Sali Kongresowej, w Nowym Jorku, czy Chicago. Miejsce nie gra roli”. Poznajcie lidera grupy Akcent – jednego z bardziej lubianych muzyków tego gatunku.

Jakie jest Pana najdalsze wspomnienie związane z muzyką?

Rodzinny dom. Mama śpiewała, babcia podśpiewywała wcześniej, na przeglądy jeździła; wujkowie grali na zabawach wiejskich, a ja – jako siedmioletni chłopak – chodziłem do remizy ich słuchać, podpatrywałem też kolegów. Do mojego pierwszego zespołu Akord, dołączyłem w wieku 15 lat.

Co wtedy się grało na takiej imprezie w remizie?

Różnie bardzo, a to Perfect, a to Lombard, a to Oddział Zamknięty i inne, łatwo wpadające w ucho – Eleni, Krystyna Giżowska, Krzysztof Krawczyk i Janusz Laskowski, który królował w Białymstoku.

Wszystko się grało w tradycyjnym składzie: gitara, bas, perkusja. Dopiero później, Włoch Francesco Napoli zapoczątkował styl italo disco, czyli przeróbki znanych utworów na dyskotekowe; robił z tego takie wiązanki. Postanowiliśmy z kolegą coś takiego nagrać.

To były czasy, kiedy kasety sprzedawało się na chodniku; w Białymstoku stoisko było przy Centralu.Wtedy nie było tyle zespołów, co teraz. Był zespół Akcent, Dystans, Imperium, Top One i Fanatic. W Białymstoku najbardziej popularny był Akcent i Imperium.

Nagraliście materiał w profesjonalnym studio?

Ktoś nam doradził, żebyśmy poszli do studia na profesjonalne nagranie, a nie do piwnicy, jak się wtedy robiło. Pojechaliśmy do Polskiego Radia Białystok, porozmawialiśmy z Tomaszem Pietrzykowskim – nie było problemu. Wcześniej skierowano nas do Jerzego Suszyckiego – pierwszego ojca disco polo, który to wszystko zapoczątkował. To był jeden z naszych pierwszych menedżerów i to on sprzedawał te kasety pod Centralem.

Zaprosił nas do siebie, do domu; wzięliśmy gitarę, keyboard, poszliśmy. „Panie Jurku, mamy tu parę piosenek, chcielibyśmy je nagrać na kasetę”. Jak zobaczył chłopaka z gitarą, to już było dobrze; to widać na tym filmie „Disco Polo”, że miał gęsią skórkę, jak włosy mu dęba stawały. Jeden zero – pięknie. Zagraliśmy „Tabu,Tibu” – cudnie, „Kocham cię dziewczyno” – rewelacja, „Deszczowa dziewczyno” – super. Praktycznie każdy utwór trafiony w dziesiątkę. Nagraliśmy te piosenki w rozgłośni w Białymstoku, on nam pomógł je wydać i tak zaczęła się nasza kariera.

Dużo mówi się o Pańskiej przyjaźni z Romami.

Zanim powstał zespół Akcent, to do 1989 roku występowałem w zespole Akord i Centrum, z prawdziwym Romem. On pochodzi z Sobótki, koło Bielska Podlaskiego; nazywa się Kazimierz Wysocki.

To słychać w moich piosenkach, że ja pochodzę ze Wschodu, plus te piosenki cygańskie i to, że jestem związany z muzyką od samego dzieciństwa. To co robię teraz, to są lata doświadczeń. Wszystkie mi się podobają, ale bliski jestem takich klimatów jak C.C. Catch, Modern Talking, Bad Boys Blue – zresztą, wokalista tego zespołu jest moim kolegą – ale lubię też zespół Smokie.

To chyba rzadkość, żeby Cyganie brali Polaka za swego.

Rodzina Wysockich, to bardzo fajni Romowie, a Kazik Wysocki, to bardzo muzykalny człowiek. Teraz mieszka w Kanadzie. Rozumieliśmy się bez słów; graliśmy i na weselach i na koncertach. Robię te pioseneczki – może nie całkiem po cygańsku, ale lubię ten klimat.

Wyrazem obustronnej sympatii było zaproszenie Don Wasyla w roku 2009, do siebie na festiwal. Bardzo fajnie, spotykam się z dobrymi reakcjami. Oni mnie nazywają przecież Białym Cyganem; mówią, że moja matka, czy mój ojciec byli Cyganami – nie, nie. Bardzo blisko byłem tylko związany z rodziną Wysockich. Znałem Kazika i jego braci; oni wiedzą, że ja jestem muzykalny, więc jak do nich przyjeżdżam, to siadam z gitarą, oni biorą akordeony i śpiewamy.

Chociaż ostatnio nie nagrywam tych piosenek cygańskich, kiedyś bardziej. Ludzie mówią, że muzyka Akcentu się nie zmienia od 25 la – to prawda, jeśli chodzi o melodyjność, ale staramy się korzystać z nowinek technicznych i tego, żeby utwory łatwo wpadały w ucho i różniły się brzmieniem.

Jak jest z tym podejściem Polaków do Romów? Jesteśmy bardziej tolerancyjni teraz, niż kiedyś?

Wydaje mi się, że tak.

W latach 90. było z tym gorzej?

Trudno mi powiedzieć. Ja mówię – znam takich Romów i to są dla mnie normalni Polacy.

Jest Pan w trakcie letniej trasy koncertowej. Ile razy wystąpiliście w tym roku?

Dużo. Najwięcej się gra w okresie od maja do września i wtedy głównie imprezy plenerowe.

Mało kto tyle gra, co wy.

Żebyśmy chcieli, to gralibyśmy po dziesięć koncertów dziennie. Kiedyś grało się po sześć jednego dnia, ale to jak człowiek był młodszy.

Sześć koncertów na dobę? Jakim cudem?

Zaczynało się o 12. w południe, potem o 14., 16., 18., 20. i o 23. w klubie. Teraz też mnie proszą „Panie Zenku, Panie Zenku”, to czasem cztery się zdażą. „Chociaż pół godzinki, tylko żeby Pan był”. Teraz dwa koncerty gra się najfajniej. Oczywiście nie przez cały tydzień, tylko przez weekend.

Słyszałem od Maćka Smolińskiego z Polo TV, że Pana obecność na festiwalu disco polo jest jak rytuał.

Słyszał pan, co się działo w Ostródzie. Są inne zespoły, a oni krzyczą „Zenek, Zenek”.

Jak się Pan z tym czuje?

To bardzo miłe. Bardzo się cieszę, że te piosenki tak się podobają. Ja długo pracuję w studio nad końcowym brzmieniem utworu; poprawiamy to tak długo, aż spodoba się nam i naszym najbliższym. Piosenka musi być bardzo dobrze zaśpiewana i z dobrym tekstem. Tutaj pracuję ze wspaniałą tekściarką Marzanną Zrajkowską, co kilka szlagierów ostatnio napisała: „Przez Twe oczy zielone”, „Przekorny los” – to wszystko spod jej pióra wyszło.

Słucham różnej muzyki łatwo wpadającej w ucho i taką tworzę. Taki utwór musi się mnie spodobać; jeśli się spodoba – a zawsze trafiam w dziesiątkę – a później tysiącom fanów, to wtedy jest pełny sukces.

Jak żona akceptuje utwór, to znaczy, że jest dobrze – a jak jest z synem? Dowiedziałem się, że jest pasjonatem muzyki, choć woli rocka od disco polo.

Disco polo też lubi, ale tak – widzę, że podśpiewuje sobie lata 70., Jima Morrisona. Bardzo dobrze zna język angielski, zna tamte utwory, nawet z lat 60.. Chodził też na lekcje śpiewu, tutaj w Białymstoku, żeby poprawić emisję, śpiewać przeponą. Ma jakieś propozycje, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Jak się układa Wasza relacja na gruncie muzycznym? Proponujecie sobie coś nawzajem, czy każdy zostaje przy swoim?

On słucha swojej muzyki, ja swojej. Czasami bierzemy gitary i gramy, wtedy obowiązkowo musi być „Obudź się” zespołu Oddział Zamknięty. Wiadomo, że takie rzeczy trzeba umieć zagrać przy ognisku [rozmawiamy przez telefon, ale słychać że chwyta za gitarę; po chwili zaczyna śpiewać] „Przyjaciel mój wyjeżdżał, mówi do mnie: masz tu klucze/Przez ten czas, jak mnie nie będzie, możesz mieszkać z nią, u mnie”. [Nagle przechodzi w „Autobiografię” Perfectu] „Miałem dziesięć lat, gdy usłyszał o nim świat”. Tak samo Daniel przychodzi do mnie: „Tato, pokaż mi akordy, z tego i z tego numeru”; a jak się spotyka z kumplami, to „Pszczółki Mai” też słuchają.

Koncerty Akcentu pokazują szacunek i poważne podejście do wykonywanej pracy. Widziałem to w tym roku na Ostódzie i w roku ubiegłym. Macie zaufanie publiczności.

Ja szanuję scenę… Pierwszy mój występ był w roku 1983 na zabawie wiejskiej, w Dubnie, koło Bielska Podlaskiego. Ja to występowałem i w remizach wioskowych i troszeczkę większych salach, była też Hala Oliva w Gdańsku i Sala Kongresowa w Warszawie; sceny w Niemczech i Nowym Jorku; bardzo fajne sale w Chicago, na Downtown – także wiesz, miejsce nie gra dla mnie roli.

Najważniejsza jest atmosfera, klimat, nagłośnienie i ludzie przede wszystkim. Trudno to wyczuć przed koncertem, dopiero w trakcie to wychodzi.

Ten szacunek przyszedł z czasem, czy miał Pan kiedyś swojego mistrza, który dał parę uwag, na zasadzie: tego nigdy rób, a z tym to ostrożnie.

Raczej miałem to od zawsze, we krwi.

Porównania do wielkich polskiej estrady jednak się pojawiają. Słyszałem takie żartobliwe określenie: „Zenek Martyniuk jest Marylą Rodowicz polskiej sceny”.

[Śmiech]. No tak, bo też mam wiele znanych piosenek. Może nie tak znanych jak Maryla, ale jednak; jest tego naprawdę mnóstwo, a wszystkie na równie wysokim poziomie. Mógłbym grać koncerty po parenaście godzin, bo nagrałem już przeszło 20 płyt.

Dostaję maile, że mam tyle tych piosenek, że powinienem zrobić jakiś miks. W ciągu 50-minutowego koncertu mogę zagrać może z 15 piosenek, plus dziesięciominutowy miks, z fragmentami największych przebojów. Ciężko mi zagrać wszystko, co ludzie chcą.

Wywołałem nazwisko Pani Rodowicz nieprzypadkowo, bo znajduję w Państwa karierach pewne zależności: bez skandalu, za to z dużym zaufaniem ze strony publiczności i ta popularność wielu pokoleń słuchaczy, od ucznia do emertyta.

Dokładnie! Nie wiem jak ja to robię, że potrafię dotrzeć i do dziecka, i do młodego i do starszego – chyba to jest dar. Ktoś mówi, że disco polo to jest prosta muzyka; żeby ta prosta piosenka dotarła do człowieka, to nie jest wcale tak łatwo. Piosenki Marka Grechuty też wydają się nieskomplikowane, ale trzeba pamiętać, jakich on wspaniałych miał muzyków, żeby to zagrało.

Maryla Rodowicz nagrała utwór z Donatanem. Myślał Pan o tym, żeby skrzyżować disco polo, z innym gatunkiem, na przykład z hip-hopem?

To musiałoby być coś fajnego. Najbardziej kojarzy mi się Peja, [śpiewa] „Ciemno jest, zgasły wszystkie światła” – tylko to mi przychodzi na myśl o hip-hopie. Te inne, to ja niezbyt.

Jak ktoś mi złoży propozycję – ktoś znany, bo ja nie nagrywam z pierwszym lepszym – to czemu nie. Musi mi się jednak podobać pomysł.

Jak Pan ocenia młodą sceną disco polo? Kult ciała, dwuznaczne teksty – podoba się to Panu?

Disco polo to dziś bardzo pojemny gatunek. Akcent ma swój styl, Boys też, a Bayer Full, który jest już taki bardziej biesiadny, też jest nazywany disco polo – i bardzo dobrze, przynajmniej jest różnorodnie.

Młode zespoły, jak Power Play na przykład, robią bardziej dancowe rzeczy, pod nóżkę. Teraz też się pisze o miłości, ale inaczej się je aranżuje. Tylko, żeby nie było tak szybko, szybko; żeby nie było tak na jeden kopyt – jak ja to mówię. Jednak jest różnica w stosunku do tego, jak pisze teksty Marzanna Zrajkowska – u niej wszystko jest przemyślane i dobrze napisane.

Kilka miesięcy temu tabloidy przekrzykiwały się w pomysłach na nagłówki: „Król muzyki Disco Polo w  szpitalu! Cała Polska modli się o życie Zenka”. Zrobiono z Pana choroby tanią sensację.

Tak, rzeczywiście, leżałem w szpitalu na wyrostek. Zachorowałem 4 lutego, na 26. rocznicę naszego ślubu [śmiech]. Myślałem, że to zwykłe zatrucie; poszedłem do lekarza i doktorka nie mogła poznać zwykłego wyrostka – w XXI wieku! Nawet moja żona, która jest pielęgniarką mówiła, że to wyrostek. Gdybym się zgłosił dzień później, to mogłoby dojść do zatrucia organizmu i mógłbym nie żyć.

Brukowce miały pożywkę.

Moja mama z siostrą wiedziały ode mnie, że jest wszystko w porządku, ale wyczytały w gazecie: „Dzisiejsza noc zdecyduje o życiu Zenka Martyniuka”. Przyjechały zapłakane do szpitala w Białymstoku, żeby to sprawdzić. „Bo w gazecie pisali”.

Pisali też, że był Pan sam na sali.

Tak, warunki miałem bardzo dobre. Co druga pielęgniarka była moją fanką; dużo wtedy płyt podpisywałem.

Jaki jest lek na spokojne życie?

Bóg, praca, rodzina. Jak czegoś z tych rzeczy brakuje, to jest trudno. Jak rodzina jest blisko, to jest energia do działania.

ZOSTAW SWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here